Kokainowy bufet Jacek Stęszewski

Lyrics

  • Song lyrics Redakcja
Na dachu mego bloku obłąkany gość
Na oślep wykrzykuje coś w spienionym szale
Że nic tu nie ma sensu i że ma już dość
Czasami go rozumiem niemal doskonale

Traktują cię jak byle co
A Ty ze wszystkich sił odpychasz dno
Po bladym niewyspanym walą ciebie pysku
Śledzą Twój każdy ruch i krok
Jak światłem drążysz czarny mrok
I jak ogrzewasz swoje życie przy ognisku

Gdy z Twojej ręki nie chce jeść już nawet pies
Najchętniej na to wszystko mógłbyś się wyrzygać
Potykasz się o własny pierworodny grzech
I krew zaczyna się gotować w Twoich żyłach

Spiją twą krew obgryzą kość
Roziskrzą gorycz gniew i złość
W sztormie głupoty i bezmyślnej zawiei
Na oślep skok pod prąd pod wiatr
A ty mnie dobry Boże łap
Zanim rozsypią się okruchy mej nadziei

Niesmaczne rozlewisko wypindrzonych kwok
Ich głupkowaty rechot diabła opętanie
Tu racjonalny świat gdzieś przesunięty w bok
Na głowę z nieba kapie blade zmartwychwstanie

Kretyński szum śmiech płacz i ból
Rozsądek musi walnąć w stół
Pozbierać resztki rozrzuconej mądrości
Kulawych ślepych błaznów bal
Lubieżnej maskarady szał
Kokainowy bufet pełen obfitości




Rate this interpretation
contributions:
Redakcja
Redakcja
anonim